english version

              galeria foto






         


RELACJE WYSYŁANE Z TRASY PODCZAS WYPRAWY ROWEROWEJ WOKÓŁ MORZA CZARNEGO. (oryginalny pamiętnik z Kaukazu jak również pamiętnik z podróży na Alaskę w książce (wiecej info do tutaj )

ETAP I - Jarosław - Morze Czarne
         ...No i ruszyłem. Za mną już 1300 km po bezdrożach Ukrainy. Wystartowałem z Jarosławia dokładnie tydzień temu . Kawałek za Lwowem poruszałem się właściwie tylko głównymi trasami ale później pojechałem na południe, na tereny prawdziwej Ukrainy. Zasuwałem często bez asfaltu pod kołami, w deszczu, upale, mgle, z wiatrem i pod wiatr. Ruchu na tych drogach niemalże nie ma, raz na pół godziny spotykałem auto. Na tych terenach ciągle niezawodnym środkiem transportu jest koń z wozem lub stare rosyjskie motory. Zaczynałem jazdę co dzień wcześnie rano mijając budzące się wioski i witając wschodzące słońce. Wokół otaczały mnie łąki i w sumie niewiele lasów. Drogi nie są w najlepszym stanie (co nie stanowi problemu dla mego roweru - bestii) i na ogół panuje tu bieda, ale ludzie są życzliwi i gdy dowiadują się, że z Polski rowerem jadę bardzo chcą pomóc i wskazują drogę (a ona pooznaczana jest fatalnie). Odcinek z Lwowa do Mikolaiv jest (jadąc przy granicy z Moldawią) naprawdę wymarzoną trasą na rower. Są to autentycznie zapomniane obszary, nieskażone industrializacją, która często działa tak niszcząco na krajobraz. Ludzie szanują to co mają, a mają niewiele. W miejscowościach woda najczęściej jest czerpana ze studni, a w nielicznych sklepach niewiele można kupić. Nie spotkałem się z żadnym przejawem agresji ze strony Ukraińców, a wręcz przeciwnie. Teraz jestem w miejscowości Evpatroija nad morzem Czarnym i po południu ruszam w stronę Sevastopola. Potem wzdłuż krymskiego wybrzeża do Rosji i na Kaukaz. pozdrawiam wszystkich serdecznie z Krymu.
p.s. Morze Czarne wcale nie jest czarne !!!!!!!!!!!!!
NIEBO ZAMIAST DACHU ;
WIATR ZAMIAST ŚCIAN ;
NIEKTÓRZY NAZYWAJĄ TO DOMEM


ETAP II - Krym - Kaukaz
         No i jestem znowu. Cały i zdrowy. Raki moje, które podwieszone pod ramą powoli zaczęła pokrywać rdza, znowu błyszczą świeżo zdartą stalą. ELBRUS ZDOBYTY !!!
         Wczoraj udało mi się zdobyć dach Europy!!! Nie było łatwo, ale nie na darmo jechałem tutaj 2700 km. A teraz trochę wstecz: przez Krym jechało się super. Zwłaszcza na wschód od Jałty. Granicę przekraczałem na przejściu promowym. Masakra, co tam się działo. Ale udało się, w sumie bez większych problemów, choć kolesie wyraźnie mi sugerowali żeby dać łapówkę, ale się nie dałem. No i ruszyłem niepewnie w Rosję, która okazała się całkowicie przyjazna, jak do tej pory. Drogi dobre, ludzie wspaniali, tylko częste patrole i milicja psują trochę atmosferę i stresują. Ale dotarłem szczęśliwie do Elbusa. Budziłem niemały zamęt wśród mieszkańców. Raz chcąc nabrać wody, zostałem zatrzymany na noc przez pewną rodzinkę, nie obyło się bez wódki zagryzanej paskudną rybą. Ale było super, na drogę dostałem 3 litry mleka, jajka i ziemniaki. Ludzie tutaj są naprawdę przyjaźnie nastawieni. Zostałem jeszcze wiele razy częstowany i zapraszany do domu, ale spieszno mi było na Elbrusa który, wręcz mnie przyciągał. Dotarłem do Tereskola, gdzie spotkałem Rosjanina, który przyjechał z Moskwy na rolkach, tego samego dnia co ja. Zostawiłem rower u jego znajomej dziennikarki i ruszyłem na 3600 m. Widoczki super, pogoda też. Drugiego dnia docieram do Pituta 11 (4100 m) gdzie rozbijam namiot i wchodzę jeszcze do skał Pastuchowa. Czuję się dobrze i nie odczuwam żadnych problemów związanych z aklimatyzacją. No więc ruszam w nocy na szczyt. No i tak w wielkim skrócie zdobywam szczyt, wracam jak zombi, śpię jedną noc i już jestem w miejscowości Tyrnauz, gdzie musiałem załatwić rejestrację. Do Gruzji mogę wjechać dopiero 23 lipca, więc pobędę tu jeszcze kilka dni na Kaukazie, a później ruszam (granica jest na 2900 m). No tak, jest pięknie ale jestem totalnie wyczerpany, a twarz moja zmasakrowana to słońcem to mrozem, ale odpocznę trochę i ruraaaaaaaaaaa !!!!
do zobaczyska.
PO STRONIE ŻYCIA,
PRZECIWKO SMIERCI,
WBREW CIEMNOSCIOM.


ETAP III - granica Rosja - Gruzja
         No i w końcu trafiłem do miejsca gdzie jest odrobina cywilizacji (której ja swoim wyglądem i zapachem raczej nie reprezentuję :)) Otóż jestem w miejscowości Vladikavkaz, kilkadziesiąt kilometrów od Czeczenii i około 20 km od granicy z Gruzją. Niestety sytuacja trochę się skomplikowała. Spędziłem jeszcze kilka wspaniałych dni w okolicach Elbrusa, zdobywając jeszcze Soviecki Voin (4100 m.) i odpoczywając w dolince pod Irigczad (nie wiem jak to sie pisze). No ale przyszedł czas, żeby się z tego pięknego miejsca zabierać. No to ruszyłem w dół do najbliższej granicy z Gruzją. Po drodze dostałem mandat - uwaga ! - za jazdę po drodze (że to niby powinienem po chodniku ) - ale to dłuższa historia. No nieważne. Następnego dnia dojechałem na wysokość wyższą niż najwyższy szczyt Tatr, mianowicie do granicy z Gruzją. No i porażka. Nie chcą mnie z Rosji wypuścić. Mówią żebym jechał do następnej granicy (200 km). Jakoś zajechałem z kilkoma przyjemnymi przygodami, a tu okazuje się, że obywatele Polski, jako kraju nie graniczącego bezpośrednio z Gruzją, granicy Rosja-Gruzja nie mogą przekroczyć. Jakież rozczarowanie. I co tu robić? Wszędzie pełno wojska, ale wszyscy są przyjaźnie nastawieni. Na granicy żołnierze z kałaszami jeździli na moim rowerze. Dostałem chleba i oranżadę na drogę, ale nic się nie dało zrobić. Jadę z powrotem. Później dostaję jeszcze jedzenie od patrolu, a inni z kolei bardzo zabawnie mnie nabierają, że jesteśmy atakowani przez Czeczeńców (prawie się nabrałem).
         Ludzie tutaj są naprawdę superowi. Dwie godziny temu dostałem dwie flaszki wódki od straży miejskiej. No cóż, nie załamałem się. Nie wiem jeszcze co zrobię. Może pojadę pociągiem jakoś na zachód i później promem przepłynę do Turcji. Wszystko zależy od tego czy wystarczy mi pieniędzy. A może do domu.
         Zobaczymy jak coś zjemy :). A tymczasem po rosyjsku tak dobrze nauczyłem się mówić, że niektórzy pytają mnie o moją narodowość. Przejechałem już 3200 km. Opony wykazują pewne zużycie i łańcuch na niektórych przełożeniach już ma trochę luzy. Urwała się jedna szprycha i zgiął się hak od przerzutki, ale wszystko udało się naprawić.
No to kończę. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
Marek z Gryfina
co się przeciwnościom nie ugina :)

ETAP IV - Granica Rosja-Gruzja - Turcja
         Polak to nie narodowość - Polak to zawód - powiedział do mnie Gruzin na granicy. Ale mimo wszystko udało się i jestem w Turcji, ha! Ale po kolei...
         Z Wladikaukazu udało mi się dostać do miejscowości Armawir, a później do Sochi koleją (to też niezła przygoda - rosyjska kolej). Sochi to strasznie turystyczne rosyjskie miasteczko, ale przynajmniej dobre bułki z serem mają... Kupiłem więc bilet na prom do Poti - nocka na plaży i przywitała mnie Gruzja. Z pewną ulgą opuściłem pełną niespodzianek Rosję. Co prawda odległość, którą rowerem pokonałbym w 1 dzień, zrobiłem w prawie 3 dni, wydając przy okazji większą część pozostałych mi pieniędzy, ale nieważne. Gruzja okazała się bardzo przyjazna. Ludzie, mimo panującej tu biedy, są bardzo sympatyczni i kulturalni. Przez kraj jechało się niczym przez ogród botaniczny.
         Trasę pokonałem bardzo szybko i bez większych problemów. Policjanci i pogranicznicy gruzińscy są zupełnym przeciwieństwem rosyjskich. Szybko przemknąłem przez kraj i w totalnej ulewie wjechałem do Turcji (wiza na granicy kosztowała 10 dolarów). Od razu inny świat. Niby Azja się zaczęła, a trochę jakby bardziej europejsko. Słońce oszczędza mój spalony nos i cały dzień leje (nie wyobrażałem sobie, że tu może tak padać). Droga biegnie nad morzem i jedzie się całkiem przyjemnie. Oczywiście nie mogłem ominąć gór Pontyjskich (Kaçkar) i poświęciłem niemal 3 dni na zdobycie najwyższego szczytu - Kaçkar Dagi (3931 m n.p.m.). Nie było łatwo, kosztowało mnie to wiele wysiłku, ale naprawdę warto było. Dziś rano obudziłem się na wysokości 2100 m n.p.m. i zrobiłem 50 km bez pedałowania. Tarczówki rozgrzane były do białości, ale wytrzymały, niestety trudów podróży nie zniosła tylnia opona (made in Germany) i rozpruła się przy feldze. Prowizoryczne szycie pozwoliło mi dojechać do Rize (gdzie właśnie jestem) i kupić nową oponę (made in Turkey - zobaczymy ile na niej ujadę).
         W Turcji jest zupełnie bezpiecznie - można rower zostawić spokojnie na ulicy i nikt go nie ruszy. Jest tu dziwna waluta i jeszcze się nie do końca połapałem, ale Turcy są uczciwi i sami wyciągają z ręki, ile trzeba. Mają super chleb i mnóstwo piekarni, gdzie zawsze można kupić ciepłe pieczywo. Poza tym po drodze mijam ogromną ilość mniejszych i większych meczetów. W określonych godzinach z głośników na nich zamocowanych lecą jakieś dziwne jęki na całe miasto. No i turecka herbata - wszędzie jej mnóstwo i nie raz po drodze byłem częstowany (ale siekiera).
         A tymczasem jak z moich wyliczeń wynika, od góry Kaçkar Dagi rozpoczyna się moja droga powrotna. Z każdym obrotem korby jestem bliżej domu.
Wkrótce się odezwę
Marek

ETAP V - Turcja - Bułgaria
         Jestem, żyję i czuję się jak ptak, jak wolny ptak...
         Droga przez Turcję okazała się dłuższa, cięższa i piękniejsza niż przypuszczałem. Od północnego przylądka Turcji zaczął się najtrudniejszy fizycznie odcinek drogi. Wybrzeże jest tam przepiękne, cały czas klify, góry, i nieliczne zatoczki z krystalicznie czystą wodą. O dziwo obszar ten nie jest praktycznie w ogóle skażony turystycznie. Wszystko pięknie, ale żeby przejechać wzdłuż takiego wybrzeża wypociłem chyba ze 100 litrów. Droga (na której ruch samochodowy praktycznie nie istnieje) prowadzi cały czas w górę i w dół. Zdarzały się takie podjazdy, którym po prostu nie dawałem rady (co nie zdarzyło się do tej pory). Za to na zjazdach w dół osiągałem prędkości 70 km/h i straciłem całkowicie tylne klocki hamulcowe. Ale jakoś dotarłem. Było ciężko, ale przepięknie. Ludzie często zapraszali mnie na tutejszą herbatę, do upałów przyzwyczaiłem się, no i tak to przez Stambuł wróciłem do Europy. Z Turcją pożegnałem się dziś i jestem już w Bułgarii w Burgas. Tutaj pożegnam się z Morzem Czarnym i ruszam na północny zachód do Rumunii.
          Miałem kilka niesamowitych spotkań. Otóż wczoraj nocowałem razem z Kanadyjczykiem, który podróżuje rowerem dookoła świata. Ma 53 lata, 42 tys. km za sobą i 3 lata podróży. Jedzie teraz na wschód. Niesamowity koleś. W Bułgarii spotkałem parę Amerykanów, którzy jadą na poziomych rowerach z Holandii do Indii (ciekawe czy wizę do Iranu dostaną). We wschodniej Turcji natomiast jeden Holender (nauczyciel) jechał rowerem do Japonii. No, no - rowery opanowują świat. A tymczasem za mną już 5300 km i jeszcze trochę przede mną przez góry i doliny. Włosy spalone przez słońce, skóry na nosie trochę brakuje, ale nic to, prujemy dalej. Już nic mnie chyba nie zatrzyma po tym co przeszedłem. Już nigdy nic mnie nie zatrzyma, bo zrozumiałem, że wszystko jest możliwe, największe przeszkody tkwią w naszych głowach.
Pozdrawiam wszystkich. Trzymanko.
Marek

ETAP VI - Bułgaria - Polska
         No i jestem już w domu. Cały zdrowy i szczęśliwy. Siedzę sobie właśnie na działce pod liśćmi winogronu, słucham muzyki, której tak bardzo mi brakowało i czytam najdłuższy, najpiękniejszy list od Agaty, który do mnie pisała podczas mojej podróży i aż mnie w ściska w gardle tak bardzo ją kocham. Chyba za daleko już bez niej nie zajadę.
         A jak tu dotarłem? Otóż w Burgas pożegnałem się z Morzem Czarnym i ruszyłem na północny zachód. Dobrze zaplanowałem trasę i przez Bułgarię przejechałem szybko i przyjemnie omijając wysokie górskie przełęcze. Granice z Rumunią przekroczyłem w Ruse i rozpocząłem rajd przez ten prześliczny, całkowicie bezpieczny kraj. Miałem dokładną mapę, wiec poruszałem się drogami gdzie większość pojazdów to końskie zaprzęgi i sypiące się wiejskie rowery. Jechało się bardzo przyjemnie i szybko dotarłem do gór. Nie wiem kto wpadł na pomysł zbudowania drogi przez główną grań rumuńskich gór. Dowiedziałem się, że budowa kosztowała fortunę i życie niejednego robotnika. Główna przełęcz (tunel 200m. pod główną granią)jest na wysokości ponad 2 tys. metrów. Oczywiście nie mogłem tak po prostu przejechać przez rumuńskie góry (skoro wjechałem tak wysoko) więc zostawiłem rower przy drodze w częściowo spalonym, opuszczonym schronisku i ruszyłem główną granią na wschód na najwyższą rumuńską górę Moldoveanu. Przenocowałem na szczycie i po 2 dniach, przepięknym zjeździe, na którym zakończył żywot mój przedni hamulec, miałem już rumuńskie góry za sobą. Przypominają one bardzo Tatry zachodnie, są bardzo łagodne i bezpieczne. Kolejnych kilka dni jazdy i jestem na Węgrzech, kraju płaskim jak stół do pingponga i różniącym się bardzo od Rumuni. Przejeżdżam szybko do królestwa piwa, czyli Słowacji. Tu już nie ma tak łatwo, bo kraj jest górzysty, ale jazda jest super. Cały czas lasy, góry, czyste strumienie i ciemne piwko. Tak docieram do Tatr Wysokich. Ostatnim punktem wyprawy jest Gerlach, szczyt na który od kilku lat pragnąłem wejść i byłem przekonany, że musi się udać skoro tyle za mną. Pełen entuzjazmu dojeżdżam do schroniska na 1600 metrów gdzie po raz czwarty dokonuję transformacji z niezmordowanego kolarza w górskiego zdobywcę i ruszam na przełęcz (polski grzebień) skąd granią, wśród deszczu i gradu, dochodzę na Gerlach Zadni. Nocuję bez namiotu, niemal na szczycie, zwinięty w kłębek i modlący się o spokojną noc. Następnego dnia staję na upragnionym szczycie. Finał. Koniec. Niesamowite uczucie spełnienia. Po prostu masakra. Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że jeszcze tego samego dnia dopedałowuję do Zakopca, skąd PKP do Gryfina i prosto do Agatki do Steklna pędzę. Zastaję ją na drodze i po prostu zapominam wszystko gdzie ja byłem. Przesada. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze !
          Trochę szczegółów na koniec. Rozmiar: 24924 bajtów Pokonałem 6800 km. rowerem, około 2500 km. koleją w Polsce i Rosji i z 250 km. wodolotem. Nawet nie policzę ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrusa 5642 m, Soviecki Voin 4100 m, w górach Kaukazu. KackarDagi 3932 m w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Moldoveanu, oraz Tatrzańskiego Gerlacha. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około 400 $. Kończę już te nudy, pozdrawiam wszystkich czytających do końca, wsiadam na rower (już bez hamulców praktycznie) na którym się tak dziwnie bez obciążenia jedzie i jadę do najfajniejszej dziewczyny świata i zmykamy na jakieś ognisko. Aaaaaaaaaaaaaaa !!! Naprawdę się udało !




         Za odbytą podróż, relacje i zdjęcia od wydawnictwa magazynu "Podróże"
ale się pofarciłostatułetka podróżnika roku he mam na chacie
         Poniżej zamieszczam tekst, który został nagrodzony :

          Pomysł na wyprawę powstał któregoś grudniowego popołudnia, kiedy to kolejny wieczór katowałem mój sypiący się komputer, męcząc się w Internecie. Tak mnie jakoś wzięło na wakacje, że postanowiłem zrobić cos konkretnego. Ostatnie "legalne" studenckie wakacje. Zacząłem się przygotowywać na kilka miesięcy przed wyjazdem. Sprzęt, mapy, wizy, sytuacja polityczna w rejonach do których się wybierałem, we wszystkim musiałem być na bieżąco. Do tego inżynierka, prawo jazdy, motor na balkonie, rower trzeba złożyć i ta cudowna dziewczyna. Ale jakoś się z wszystkim wyrobiłem. Spakowany, z 70 kilogramowym obładowanym rowerem, mnóstwem niepewności, ale pewnym optymizmem ruszam z pod ukraińskiej granicy. Już za Lwowem odsłania się przede mną piękno Ukrainy. Poruszam się dość sprawnie na mojej "bestii", cały czas mam kontakt z tym co mnie otacza, bezpośrednio odczuwam wiatr, deszcz i palące słońce. Kieruję się na południowy wschód w kierunku Krymu. Panuje tutaj bieda ale ludzie są niezmiernie przyjaźni widząc "pielgrzyma" na rowerze. W mojej podróży zawsze trzymam się z dala od dużych dróg i często jadę przez zapomniane wsie na których królują stare motory i zaprzęgi konne. Niema tu ciepłej wody a w nielicznych sklepach tylko podstawowe produkty. Po kilku dniach mam kryzys. Jest potwornie gorąco i teren bardzo górzysty. Zastanawiam się czy damy rade (ja i rower). Rozpatruje nawet szybszy powrót. Jednak nie poddaje się łatwo i po 7 dniach docieram do półwyspu Krymskiego. Tutaj zmiana otoczenia - jest to w zasadzie jedyny turystyczny obszar Ukrainy. Jadę wzdłuż całego wybrzeża. Krajobraz krymski jest przecudowny. Słońce, morze, stepy, lasy, góry, jest tu niemal wszystko jeśli chodzi o rzeźbę terenu.
          Wreszcie pełen obaw docieram do granicy z Rosją. Posiadam w paszporcie lewo zdobytą pieczątkę AB (która uprawnia do służbowego wjazdu do tego pełnego niespodzianek kraju). Ale udaje się. Jadę dalej na wchód w nieznane. Teraz już wiem że nic nie powstrzyma mnie przed zdobyciem najwyższej europejskiej góry. Ludzie w Rosji są niesamowici. Życzliwi i pomocni. Jadąc przez wioski nieraz miałem okazję napić się rosyjskiej wódki (bez zapitki oczywiście). Jedyne problemy w tym cudownym kraju zdarzyły mi się ze strony milicji, która potrafi legalnie "obrabować" cudzoziemca. Dostałem nawet mandat za jazdę po ulicy rowerem. Tereny przez które jechałem to kaukaskie republiki. Mnóstwo tam wojska i patroli, ale ci z kolei byli bardzo w porządku (dostawałem często od nich jedzenie a nawet raz zdarzyły się dwie butelki wódki). Tak czy owak docieram do podnóży Elbrusa. Tutaj niespodziewanie spotykam Rosjanina który przyjechał na rolkach z Moskwy. Ja zrobiłem 2600 a on 1600 km i obydwoje jechaliśmy 16 dni - niesamowite spotkanie. Zostawiłem rower u jego znajomej, spakowałem plecak, ubrałem górskie buty, zakupiłem zapasy na 5 dni i ruszyłem w górę. Ciekaw byłem jak mój organizm zareaguje na taką wysokość. Tego wieczora nocuję już na śniegu na wysokości około 3500 m. n.p.m. Widoczki są po prostu nie do opisania. Dwa wierzchołki Elbrusa wznoszą się dumnie wysoko nade mną i pięknie lśnią wiecznie ośnieżone w świetle pełni księżyca. W nocy marznę strasznie, ale rano ruszam ambitnie dalej. Dochodzę do 4100 m. W tym miejscu jest sporo namiotów, bo tutaj ludzie się aklimatyzują i jest tu w miarę bezpiecznie. Rozbijam tutaj namiot i zakładam "bazę".
          Wchodzę jeszcze tego popołudnia na 4800 m w ramach aklimatyzacji. Wracam potwornie zmęczony i okazuje się, że zjadłem niemal całe moje zapasy. Tak właśnie mój organizm w dość dziwny sposób zareagował na taka wysokość, byłem cały czas głodny. Spostrzegłem, że jeśli dziś w nocy nie ruszę na szczyt, to zabraknie mi jedzenia. Pomimo ogromnego zmęczenia postanowiłem zaatakować. Po najpiękniejszym zachodzie słońca jaki kiedykolwiek widziałem, najadłem się do syta i zasnąłem na kilka godzin. Po 2 pobudka, ciepła kasza z rodzynkami przyrządzona na mojej wysłużonej kuchence stawia mnie na nogi i ruszam ostro do góry. O wschodzie słońca jestem już na 4800 m. Widok niesamowity, ale wysokość daje znać o sobie. Poruszam się bardzo powoli, podpieram się ciężko na kijkach i coraz słabiej wbijam raki. Co kilkanaście minut padam na śnieg. Ciężko mi chwytać zimne powietrze. Wreszcie docieram na przełęcz. 5300 m. Tutaj mam potężny kryzys. Nie mogę się podnieść ze śniegu, głowa mi pulsuje, chwytam łapczywie powietrze, ale wciąż brakuje mi tchu. Zjadam resztę czekolady. W głowie tak, jakbym miał jakiś niezły chaos. Przypomina mi się nagle Agata (obecnie moja narzeczona) i jedna z piosenek U2. To mnie niesamowicie mobilizuje. Postanawiam, że wejdę tam, na szczyt Europy i krzyknę w kierunku Gryfina że ją kocham. Niewiadomo skąd bierze się we mnie energia na ten najcięższy odcinek. Jeszcze 1,5 h i jestem na szczycie. Jak się tu znalazłem nie wiem, ale nic już mnie nie obchodzi. Ustępuje zmęczenie i pojawia się nieopisane uczucie szczęścia. Udało się. Jestem tutaj. Po stronie życia, przeciwko śmierci, wbrew ciemnościom. Przez moment czuję się cudownie.
          Po półgodzinnym odpoczynku pogoda momentalnie się psuje. Zrywa się ogromny wiatr i wszystko przykrywają obmywające szczyt chmury. Momentalnie jestem cały oszroniony. Powoli ostrożnie schodzę w dół do mojego namiotu na 4100 m. Wiem, że każdy nieprecyzyjny krok, czy potknięcie się w rakach, może kosztować mnie wiele. Jednak po kilku godzinach, totalnie wyczerpany, docieram późnym popołudniem do namiotu. Dostaję trochę jedzenia od innych Polaków i zapadam w upragniony sen.
          Następnego dnia wydaje mi się jakbym całą drogę szurał twarzą po śniegu. Usta mi popękały tak że ledwo mogłem coś do nich włożyć i w ogóle wszystko było napuchnięte. Schodzę na sam dół, odbieram rower i kontynuuję moją podróż wokół Morza Czarnego. Jadę dalej na wchód. Nie udaje mi się dwukrotne przekroczenie granicy Rosyjsko-Gruzińskiej. Docieram kilkadziesiąt kilometrów od Czczeni. Jest tu mnóstwo wojska. Niestety kolejny raz nie przepuszczają mnie przez granicę. Okazuje się ze jedyna możliwość wjazdu do Gruzji to droga morska. Wsiadam więc cudem do rosyjskiej kolei i wracam nad Morze Czarne. W Soczi wsiadam w prom (jeśli to kopcące żelastwo można tak nazwać) i wieczorem jestem w Gruzji. Wbrew wszelkim opiniom jakie słyszałem, jest to całkowicie bezpieczny kraj i milicja o niebo lepsza niż w Rosji. Przejeżdżam szybko te prześliczne tereny i już jestem w Turcji. Niby w Azji a jednak bardziej europejsko. Jadę wzdłuż wybrzeża. Poświęcam 3 dni na zdobycie najwyższej góry pasma Kackar 3932m n.p.m. i w zasadzie tutaj przekraczam półmetek mojej trasy. Teraz niemal 2 tygodniowa podróż wzdłuż tureckiego górzystego wybrzeża. Trasa wprost niesamowita, na licznych serpentynach straciłem klocki hamulcowe i setki litrów potu. To była prawdziwa walka z własnymi słabościami. Tutaj kończy żywot też tylnia opona. Ale mimo ogromnych upałów, ciągle poruszam się na zachód. W Istambule wracam do Europy i czuję się już prawie jak w domu. W Bułgarii żegnam się z Morzem Czarnym i kieruję się teraz do Rumuni.
          Kolejny kraj który zaskoczył mnie swym pięknem i zróżnicowaniem terenu. Górskie asfaltowe serpentyny potrafią wznieść się tutaj na 2 tyś metrów. Po drodze mijam głównie same wioski i prześliczne tereny a na szosach często brak asfaltu, ale za to mnóstwo zaprzęgów konnych i sypiących się rowerów. Zdobywam najwyższy szczyt tego kraju (Moldoveanu 2544m.n.p.m.) i coraz bardziej stęskniony jadę dalej na północny zachód. Szybko przejeżdżam płaskie Węgry i już jestem w królestwie ciemnego piwa (o którym marzyłem od początku Turcji) czyli Słowacji. Żeby załadować do pełna plecak przygód postanawiam zdobyć najwyższą górę Tatr, Gerlach , którego próba zdobycia niemal nie skończyła się tragicznie dwa lata temu. Zostawiam rower na 1600 m. i ruszam ostro w górę. Pogoda nie dopisuje i nie udaje mi się wejść tego wieczora, więc nocuje awaryjnie na Zadnim Gerlachu. Jak tylko się rozjaśniło, z rana atakuje szczyt. Po 2 h jestem w niebie. Niesamowite uczucie szczęścia i spełnienia. Po całym ciele przechodzą mi dreszcze.
          Wszystko się udało. Jest cudownie. Teraz już tylko powrót do domu. Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że jeszcze tego samego dnia dopedałowuję do Zakopca, skąd PKP do Gryfina i prosto do Agatki do Steklna pędzę. Zastaję ją na drodze i po prostu zapominam wszystko gdzie ja byłem. Przesada. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze !
          Trochę szczegółów na koniec. Pokonałem 6800 km. rowerem, około 2500 km. koleją w Polsce i Rosji i z 250 km. wodolotem. Nawet nie policzę ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrusa 5642m, Soviecki Voin 4100 m, w górach Kaukazu. KackarDagi 3932m w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Moldoveanu, oraz Tatrzańskiego Gerlacha. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około 400 $. Niewiem czy to odpowiednie miejsce żeby to pisać, ale uważam że te dwa miesiące samotności przygotowały mnie bardziej do życia i nauczyłem się więcej, niż przez rok spędzony w naszej ślicznej uczelni.
          Wycieczka moja miała chyba na celu udowodnienie sobie i innym że wszystko w życiu jest możliwe. Wystarczy zaufać sobie, nie poddawać się i dążyć do realizacji swoich marzeń i pragnień. Bo dlatego chyba żyjemy, nie ? No i wtedy życie ma sens. Kończę już te nudy, pozdrawiam wszystkich czytających do końca. Marek z Gryfina. mruwa.

         




co można przeczytać

              galeria foto